Podróżniczo Przemyślenia Warto przeczytać

Trzy lata w podróży

Trzy lata życia to spory kawałek czasu. Jak dodać do tego bycie non stop w podróży, do tego poza granicami swojego kraju, z dala od rodziny, robi się, przynajmniej dla nas, trochę większa sprawa. Mimo wszystko najprzyjemniejsza sprawa, jaka nam się w życiu przytrafiła. Tak, trzy lata temu, wychodząc z mojego rodzinnego domu, opuszczając Polskę, podjęliśmy jedną z najlepszych decyzji w naszym życiu. Nie żałujemy ani jednego dnia z tych 1079, które przyszło nam przeżyć w drodze.

Przed podróżą nigdy byśmy nie przypuszczali, że świat porwie nas na tak długo. Ja, nigdy bym nie przypuszczała, że dam radę być poza domem, tym, co znajome i wygodne, tyle czasu, a na dodatek tak dobrze poradzę sobie w nieznanym. Nie będę pisać wielkiego podsumowania, na takie już niedługo przyjdzie pora, ponieważ nadchodzi wielkimi krokami dzień powrotu do Polski, ale w skrócie chcielibyśmy opowiedzieć Ci, co spotkało nas w ciągu ostatniego roku Autostopowej Podróży Przez Świat. O dwóch wcześniejszych latach możesz przeczytać TUTAJ i TUTAJ.

Od razu uprzedzamy: zdjęcia w tym wpisie będą niestety każde z innej parfii. Nie możemy dodać wszystkich zdjęć, które byśmy chcieli, ponieważ nasz dysk zewnętrzny ze wszystkimi zdjęciami i filmami uległ uszkodzeniu w indyjskich Himalajach (ponad 5 tys. m.n.p.m. i za wysoko mu było), a nasza kopia zapasowa jest już w Polsce. Jakoś to wszyscy przebolejemy, ok? Dzięki!

WRZESIEŃ 2016: AUSTRALIA/ INDONEZJA

Udaje nam się znaleźć kolejny, trzeci już, jachtostop, tym razem z Darwin w Australii (TUTAJ cała historia), na Lombok w Indonezji. Płyniemy dziewięć dni z dwoma Czechami, którzy najchętniej wzięliby nas ze sobą do RPA. Nam tam jednak nie po drodze, ponieważ z utęsknieniem czekamy na Azję, ukochaną Indonezję. Dzięki naszemu Facebookowi poznajemy Ewę, Polkę, która kilka dni przed naszym przypłynięciem, przenosi się na Bali, gdzie przez rok będzie na stypendium studenckim. Ewa zaprasza nas do swojego balijskiego domu. Dzięki jej krótkiej wiadomości i otwartemu sercu, spędzamy niezapomniane chwile na Bali i pobliskiej Nusie Penidzie. Poznajemy nie tylko ją, ale i Emilkę. To takie znajomości na lata. Jemy razem śniadania, później obiady od pani sąsiadki, tańczymy razem salsę, śpiewamy prze dźwiękach ukulele, pijemy pyszne koktajle, pokazujemy im naszą ulubioną restaurację, w której serwują pyszne europejskie jedzenie, jemy sate ayam o pierwszej w nocy i słodki martabak na desery. Przyjacielska i domowa relacja z dala od ojczyzny.

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

PAŹDZIERNIK 2016: INDONEZJA

Autostopem i skuterem przemierzamy kolejno Bali, Lombok, Sumbawę, Flores. Odwiedzamy groźne smoki Komodo, opalamy się na Różowej Plaży, podglądamy żółwie wodne, tysiące kolorowych rybek. Zdobywamy wulkan Kelimutu, z którego podziwiamy wschód słońca i trzy kolorowe jeziora, śpimy w namiocie nad brzegiem morza przez kilka dni. Tam też wieczorową porą w palec u dłoni gryzie mnie bardzo boleśnie pająk, którego Adam łapie do butelki. Okropny ból i niewiedza sprawiają, że pierwszy raz mam myśli: Boże, żeby to tylko nie był koniec. Nie był. Pająk okazał się tym nieśmiertelnym, jednak jego szczypce wyszły z mojego palca dopiero po kilku tygodniach. Kąpiemy się w źródłach, mając jedną nogę w zimnej, a drugą w gorącej wodzie. Bierzemy udział w uroczystości poświęcenia domu w tradycyjnej wiosce na Flores, gdzie jemy między innymi (wegetarianie nie czytają) niedawno zabitego konia. Drugi już raz wybuch wulkanu Rinjani krzyżuje nasze plany zdobycia jego szczytu. Idziemy na kurs gotowania balijskiego jedzenia, niebo w gębie! Obchodzimy tam naszą trzecią rocznicę ślubu, w tym samym hotelu, w którym obchodziliśmy drugą. Przekonujemy się po raz kolejny, że Indonezja to nasz kraj numer 1. Piękna, smaczna, tania, serdeczni ludzie (może my tylko na takich trafiamy?), choć tak naprawdę pierwszy raz zostajemy tam dotkliwie oszukani przez właściciela agencji turystycznej. Mamy nauczkę na zaś. Aaa, no i najważniejsze: Adaś zaczyna swoją przygodę z ukulele właśnie na Bali, u Ewy w domu. Idąc za ciosem kupuję mu jego własny instrument i od tej pory mamy ze sobą dodatkowy bagaż plus muzykę na zawołanie.

Nasz krótki przewodnik po Bali znajdziesz TUTAJ. Wpis o autostopie w Indonezji TUTAJ Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

LISTOPAD – STYCZEŃ 2016/2017: INDONEZJA/ MALEZJA/ TAJWAN

W drodze na samolot do Malezji odwiedzamy naszych serdecznych indonezyjskich przyjaciół, którzy są jednymi z najbogatszych ludzi w całym mieście. To też pierwszy raz, kiedy w tej podróży spotykamy te same osoby po raz drugi. I to po roku! Łapiemy na stopa poważanego javajskiego biznesmena, który zabiera nas na spotkanie z Królem Solo, do jego rezydencji. Ponoć to wielkie wyróżnienie i zaszczyt. Po raz n-ty odwiedzamy Malezję i Kuala Lumpur. Jemy w naszych ulubionych indyjskich restauracjach (marząc, żeby w końcu zjeść indyjskie jedzenie w Indiach) robimy kolejne selfie z Petronas Towers, odkrywamy kolorowe murale ulicy Laman Seni 7 niedaleko KL, spotykamy naszego pakistańskiego przyjaciela, który po raz kolejny zachęca nas do odwiedzenia jego kraju. Pakistan coraz bardziej panoszy się w naszych głowach. Lecimy na Tajwan z biletem w dwie strony. Tak się jednak składa, że świadomie nie stawiamy się po trzech tygodniach na lotnisku i zostajemy kolejny miesiąc na tej niewielkiej wyspie. Autostop działa super (o nim przeczytasz TUTAJ), ludzie przesympatyczni (niektórzy swoją dobrocią doprowadzają mnie do łez), couchsurfing pozwala poznać nam kolejnych sympatycznych Tajwańczyków, a nawet czadową parę polsko-tajwańską, czyli Magdę i Jasona, z którymi mamy nadzieję spotkać się już niedługo w Polsce, ale tak naprawdę nasz pobyt tam to w dużej mierze spotkanie z Magdą i Łukaszem z bloga Podróżne Opowieści, którzy w tym czasie mieszkają w jednym z tajwańskich miast. Kolejny raz dzięki naszemu profilowi na facebooku poznajemy cudownych ludzi. Na dodatek okazuje się, że Magda to rewelacyjna fizjoterapeutka, która pomaga mi po wielu latach poszukiwań zdiagnozować, co tak naprawdę mi dolega. Oferuje swoją pomoc i dzień w dzień poddaje moje ciało bolesnym zabiegom, po których siniaki i blizny mam do dzisiaj 😉 To też przełom dla mnie: w końcu ktoś zrozumiał i nazwał mój ból, docenił trud wkładany w podróżowanie. I choć ciągle nie jest dobrze, wiemy już co robić, kiedy jest bardzo źle. Razem z nimi świętujemy Boże Narodzenie przy zastawionym polskimi potrawami stole. Zostajemy również zaproszeni przez polskiego księdza na kilka dni do jego miasta, a także na samochodową wycieczkę na południe kraju. Pierwszy raz od dawna jemy polski chrzan! Pycha! Kolejny raz spotykamy się z Darią i Piotrkiem Filipiakami z bloga Świat jest Książką, którzy mają swój pit stop w drodze z Japonii na Filipiny. To tak naprawdę jedyne bliskie nam osoby z Polski, które spotkaliśmy w tej podróży daleko od domu. Sylwestra i Nowy Rok świętujemy w zaciszu naszego pokoju, łapiąc chwilę przed ostatniego stopa w 2016 w centrum Tainan. To był dobry, choć mocno edukacyjny rok, w którym nasze marzenia i plany zostały mocno zweryfikowane. Pojawia się też kolejne marzenie, które zdeterminuje nasze najbliższe tygodnie…

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

STYCZEŃ 2017: TAJWAN/ WIETNAM/ TAJLANDIA

Zamarzyło nam się znowu popłynąć jachtostopem. Tym razem na Sri Lankę lub Indie. Podporządkowujemy więc nasze przyszłe tygodnie właśnie temu. Miejsce do szukania jest właściwie jedno: Phuket w Tajlandii. Sprawdzamy połączenia i najkorzystniej jest dolecieć nam do Wietnamu, później do Bangkoku i lądem na Phuket. Nie martwi nas ta trasa, bardziej cieszy. Tydzień w wietnamskim szalonym Sajgonie to jest to, czego potrzebujemy, za czym tęsknimy. Darzymy to miasto szczególnym uczuciem, uwielbiamy sajgon na drodze, pyszne jedzenie, kawę z gęstym mleczkiem, banh mie od sympatycznej pani, tamtejsze owoce, szczególnie marakuję, mamy swoje ulubione knajpki. Dodatkowo Leszek, którego poznaliśmy dwa lata wcześniej w Nha Thrang, zaprosił nas do siebie, witając nas pyszną kiełbasą według polskiej receptury, którą sam w Wietnamie produkuje, a także ogórkami kiszonymi. Czekał nas tydzień prawdziwych wakacji ze skuterem w tle.

W Bangkoku zatrzymujemy się na chwilkę, jemy to, co tygryski kochają najbardziej, czyli mango sticky rice (duuużo mango sticky rice), pad thai, sushi, kra pao gai. Jedziemy też stopem na jednodniową wycieczkę do Ayutthaya, dawnej stolicy, gdzie rowerkami jeździmy sobie pomiędzy ocalałymi świątyniami. Z Bangkoku ruszamy stopem na Phuket. Przed nami najprzyjemniejsza część, czyli jazda autostopem po Tajlandii, spanie w namiocie na rewelacyjnie przystosowanych stacjach benzynowych, w towarzystwie kawiarni Amazon i kultowego sklepu 7/11 (o autostopie w Tajlandii przeczytasz TUTAJ).

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

LUTY 2017: TAJLANDIA/ MALEZJA/ SRI LANKA

Docieramy na Phuket, ponoć najbardziej turystyczną tajską wyspę. My tu jednak nie na odpoczynek, czas posmarować się dokładnie kremem do opalania, wydrukować ogłoszenia, wypożyczyć skuter i odwiedzać wszystkie możliwe mariny, kluby jachtowe, bary jachtowe. W końcu jacht sam się nie znajdzie. Każdego dnia przemierzamy dziesiątki, czasami setki kilometrów, rozmawiamy z kapitanami, barmanami, z kimkolwiek, kto może coś wiedzieć o potencjalnym jachcie. Dziesięć dni najintensywniejszych poszukiwań w naszej jachtostopowej karierze. Poznajemy też Chrisa, Niemca, który w momencie, w którym to piszę, po czterech latach podróży dookoła świata, wrócił do domu. Przez cztery lata ani razu nie użył samolotu! Miszcz! Szukamy jachtu razem. Szanse dla nas niestety są bardzo małe, nikt nie płynie na Sri Lankę. Możemy płynąć na Malediwy, ale jakoś tego nie czujemy. Decydujemy się na dwudniowy rejs z Phuket na malezyjskie Langkawi z fińskim kapitanem, tam też możemy poszukać. Ponoć to bardzo przyjemna trasa, wakacyjna. Rzeczywistość okazuje się inna: sztormowa pogoda, kapitan alkoholik, bardzo nieodpowiedzialny. Do tego okropna choroba morska, która nie pozwala mi nawet na minutę zejść pod pokład. Jeszcze nigdy nie bałam się na oceanie, zawsze było bezpiecznie. Tutaj pierwszy raz modlę się słowami: Boże, daj nam dopłynąć w całości, nie chcę zginąć. Modlę się jeszcze goręcej, kiedy zrywa się żagiel, wpada do wody niebezpiecznie się nią napełniając, powodując dodatkowo spore przechylenie jachtu. Akcja, jak z filmu grozy, krzyk, płacz, zdezorientowany kapitan. Cudem Adam z nim, bez kamizelek ratunkowych, wyciągają żagiel. Strach, burza, wymioty, ciemność, którą rozświeca tylko i aż księżyc. Jachtostopu mamy dość na długi czas, rezygnujemy z dalszych poszukiwań. Postanawiamy chwilę pozwiedzać wyspę.

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Dzięki nietypowemu Couchsurfingowi poznajemy Agnieszkę i Mateusza z bloga Magati, z którymi spędzamy większość czasu na wyspie, a później razem podróżujemy stopem do Ipoh. To kolejna niezwykła polska znajomość, którą mamy zamiar kontynuować po powrocie do kraju. Dawno z nikim tak się nie śmialiśmy!

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Przyjeżdżamy kolejny raz do Kuala Lumpur, zatrzymując się tym razem w apartamencie naszego pakistańskiego przyjaciela, z basenem na 10. piętrze. Po raz kolejny spotykamy się z Chrisem podróżnikiem, który znalazł jacht na Andamany. Kupujemy bilety na Sri Lankę, ustalamy plan i bez większej wiedzy o wyspie lecimy lotem za 50$.

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

MARZEC – CZERWIEC 2017: SRI LANKA/ INDIE/ NEPAL/ INDIE

Nie wiemy o wyspie za dużo, ale wystarcza chwila, żeby poznać wszystkie turystyczne i nieturystyczne miejsca. Chcemy odpocząć nad brzegiem morza, zobaczyć słonie, wspiąć się na Górę Adama, sprawdzić, czy stop na Sri Lance działa, spróbować, czy cejlońska herbata rzeczywiście taka smaczna, a pola herbaciane najpiękniejsze. Wizę do Indii też chcemy wyrobić. Plan realizujemy, poznajemy nawet kochanych Marylkę i Marcela z bloga Addicted to Passion, a Sri Lankę mianujemy najłatwiejszym krajem do podróżowania absolutnie dla każdego. Jest fajna, ma kilka perełek, ale raz w zupełności nam wystarczy. Krótki filmik z naszego miesięcznego pobytu obejrzysz TUTAJ. O wyrobienie wizy do Indii na Sri Lance przeczytasz TUTAJ.

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

I w końcu dzieje się to, o czym myśleliśmy od dawna, ale chcieliśmy być bardziej przygotowani mentalnie: lecimy do Indii, do Madurai. Miasto od razu zyskuje naszą wielką sympatię. Na południu jedzenie okazuje się być najsmaczniejsze, najtańsze, ludzie przesympatyczni, granaty tak soczyste, że oczy świecą mi się jak pięciozłotówki. Kupuję sobie moją pierwszą indyjską tunikę, szaleję na punkcie cudownie ubranych kobiet. Każda z nich wygląda zachwycająco. Znajdujemy świetny kontakt z naszymi sudańskimi couchsurferami, którzy studiują w Madurai farmację. U nich też jemy tradycyjne sudańskie jedzenie, aż głupio nam, kiedy nie możemy przestać jeść. Zupełnie nowe dla nas smaki, tak pyszne, że podniebienie wariuje.

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Całe Indie okazują się być jedyne w swoim rodzaju. Ludzie mówią, że albo je kochasz, albo nienawidzisz. Nie do końca tak jest. Ciężko wrzucić do jednego wora wszystkie prowincje, nawet nie można. Przeżywamy tam przez jedenaście tygodni cały wachlarz emocji, historie, które wydarzyć się mogą tylko w Indiach. Doświadczamy wielkiego bogactwa, widzimy straszną biedę. Jemy w najdroższych restauracjach, z lokalnymi na bazarach, pijemy chai z glinianych kubeczków, śpimy w pociągu na podłodze w przedziale sypialnianym, w luku bagażowym w klasie dla najbiedniejszych, gdzie ludzie zachowują się, jak wypuszczeni z dziczy. Zwiedzamy, eksplorujemy, zachwycamy się i wzdrygamy, zatykamy nas, otwieramy szerzej oczy z niedowierzania. Poznajemy cudownych ludzi, takich do serca przyłóż, robimy setki zdjęć portretów na prośbę modeli, odmawiamy setki selfie, bo ile można? Odwiedzamy kilka must see, niektóre, jak Varanasi, bardzo nas rozczarowują. Nie rozumiemy całego zachwytu tym bardzo brudnym i śmierdzącym miejscem. Dla nas o żadnym mistycyzmie nie ma mowy.

Chcąc nie chcąc musimy jechać do Nepalu. Wizyta czysto biznesowa: musimy wysłać nasze paszporty do Polski, żeby otrzymać wizę do Pakistanu, z Indii nie można, a przynajmniej jest to nielegalne. Wysyłamy i zastanawiamy się, co zrobić z czasem. Wypadałoby iść na jakiś trekking, ale sprzętu u nas nie ma, wysłaliśmy cały z Australii. Idziemy za radą innych na słynną ulicę Thamel, żeby się obkupić, ale jakość i przede wszystkich cena ubrań i butów odstraszają. Gdyby jeszcze było coś porządnego… Kalkulujemy wszystko i okazuje się, że tym razem nie ma sensu nigdzie iść, tym bardziej, że Dzielu i ja musimy się zmierzyć z nepalską służbą zdrowia – katastrofa. W ogóle Nepal nie przypada nam do gustu, oficjalnie uplasowuje się na ostatnim miejscu w naszym rankingu. Himalaje oczywiście są przepiękne i cudowne, ale ten kraj to nie tylko one. No nic nam tam nie podchodzi, absolutnie nic. No może pizza, którą jedliśmy, była smaczna. Stykamy się z dużym oszustwem wśród agencji turystycznych, z wykorzystywaniem przez Nepalczyków zagranicznych organizacji, które pomagają im po trzęsieniu ziemi. Liczy się tylko hajs, dużo hajsu. Czasami nie możemy wierzyć w to, co słyszymy od mieszkańców, w to, jak godzą się na oszustwa dla własnych korzyści. Dostajemy nasze paszporty i uciekamy czym prędzej do Indii. Naprawdę nie możemy się doczekać, kiedy opuścimy ten kraj.

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Po powrocie odbieramy naszą paczkę z Polski z całym sprzętem trekkingowym, idziemy ze mną na gastroskopię (wiesz, że w Indiach w dobrych szpitalach, usypiają podczas tego badania, żeby nie bolało?), dowiadujemy się, że mam poważne zapalenie błony śluzowej żołądka i dodatkowo bakterię Helicobacter. Będę żyć. Nie ma czasu do stracenia. Ruszamy na podbój indyjskich Himalajów i przeżywamy jedną z najpiękniejszych przygód w tej podróży. Wypożyczamy motocykl Royal Enfield i na dwóch kółkach eksplorujemy pewnie jeden z najpiękniejszych regionów świata. Później stopem podróżujemy po Jammu i Kashmirze, poznając dwie strony kashmirskiego konfliktu. Mamy nowe marzenia, a serca wypełnia smutek, że na teraz musimy powiedzieć: do zobaczenia. Tym bardziej, ze czas na nową, ekscytującą przygodę!

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

CZERWIEC – SIERPIEŃ 2017: PAKISTAN

Jeszcze nigdy uzyskanie wizy do żadnego państwa nie kosztowało nas tyle „zachodu”: czasu, pieniędzy, dziesiątek dokumentów, pomocy innych ludzi, przyjechania do innego państwa tylko po to, żeby wysłać paszporty do Polski, a później na nie czekać z niecierpliwością.
Tyle w nas emocji! Długo by opowiadać, ale weźmy choćby za przykład fakt, że od kilku miesięcy rozmawialiśmy telefonicznie i mailowo z Ambasadą Pakistanu w Polsce, przygotowując ich do tego, że ktoś za nas będzie o tę wizę aplikował, że nie mamy zatrudnienia, studentami też nie jesteśmy, i najważniejsze, że… najlepiej, jakby wydali wizę w ekspresowym tempie. A później jeden ważny telefon, kiedy paszporty w ambasadzie już były i ostatnia prośba: czy mogliby Państwo wydać wizę naprawdę szybko, na za cztery dni (co wcale nie jest normalne i oczywiste)? I odpowiedź mailowa po kilku godzinach: tylko na waszą prośbę, dajemy wizę wcześniej. I w końcu jesteśmy! Jesteśmy w Pakistanie, przez wielu skreślonym za terroryzm, kraju. Nie chcemy tego kraju tylko przejechać, chcemy poznać, doświadczyć, eksplorować, nie chcemy się bać, nie boimy się. Chcemy podziwiać! Jedziemy na północ kraju i oglądamy widoki, które naprawdę zapierają dech w piersiach, odbierają mowę. Pytamy Boga: jak to możliwe, że stworzyłeś to miejsce tak piękne? Śpimy cały czas w namiocie, chodzimy po górach, podziwiamy kolejne jeziora, jeździmy tylko autostopem, poznajemy cudownych, najgościnniejszych ludzi na świecie, o sercach wielkich, jak ocean. Obiecujemy Pakistańczykom, że wydamy dobre świadectwo o nich samych, o ich gościnności, o ich kraju. I obiecujemy sobie i im, że wrócimy. Sześć tygodni to za mało, żeby zobaczyć wszystko, co chcieliśmy. Tym bardziej, że na miejscu dowiadujemy się o innych trasach trekkingowych, o innych maleńkich wioseczkach, pięknych kobietach z plemienia Kalash, ukrytych jeziorach. A nawet gdybyśmy mieli wrócić i pojechać jeszcze raz w te same miejsca… możemy jeździć tak co roku. Odpuścimy sobie tylko granicę Iran-Pakistan, bo drugi raz nie chce nam się użerać z policją i pogranicznikami. Do Quetty wrócimy, jak już będzie całkowicie bezpiecznie, nie będziemy potrzebować eskorty, będziemy mogli chodzić swobodnie i bez strachu, że ktoś nam coś może zrobić. Poza tym jednym miejscem przekonujemy się, że mimo wszystko w Pakistanie jest bezpiecznie, a terroryści nie czyhają na nasze życie na każdym kroku. Trzeba tylko omijać miejsca, które lokalni każą omijać. No i zapomniałam jeszcze dodać, że nie dostajemy wizy do Chin, bo przepisy nagle się zmieniają, i Chińska Ambasada w Pakistanie przyznaje wizy tylko Pakistańczykom lub rezydentom z pozwoleniem na pracę. Odpada więc przy tym Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan i Turkmenistan. Chwilę nie możemy w to uwierzyć, ale przyjmujemy to, jako znak z nieba i załatwiamy w jeden (!) dzień wizę do Iranu.

O autostopie w Pakistanie przeczytasz TUTAJ. O tym, co musisz wiedzieć, zanim pojedziesz do Pakistanu przeczytasz TUTAJ. Nasz film z Peszawaru, najstarszego miasta w Paku obejrzysz TUTAJ.

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

SIERPIEŃ 2017: IRAN

Nasłuchaliśmy się o tym Iranie tyle wspaniałych rzeczy, że wystarczyłoby na wszystkie kraje Azji. I co? I klops. Już pierwsze minuty w tym kraju zniechęcają nas do dalszego poznania Irańczyków. Co się stało: łapówki żołnierzom się zachciało. Dodatkowe pieniążki za niby potrzebną nam eskortę. To nic, że jadąc z Zahedanu na granicę z Pakiem żadnej eskorty nie ma. W drugą stronę już jest. Nawet jeśli jest, jest darmowa. Myśleli jednak, że trafili na pierwszych lepszych Europejczyków, którzy zatańczą, jak oni zagrali. Nie udało się. Stawiamy na swoim. Szkoda tylko, że kierowcom tirów, którzy z granicy chcieli nas zabrać, zostało to zabronione. Mamy jednak nadzieję, że później będzie lepiej, że te wszystkie historie o irańskiej gościnności, o otwartych Irańczykach, okażą się prawdą. Nie to, żebyśmy pragnęli godzinnej pogawędki z każdym mijanym na ulicy mieszkańcem, albo zaproszeń do co drugiego domu. Nic z tych rzeczy. Myśleliśmy, że po prostu w powietrzu unosić się będzie dobra energia. My jej jednak nie czujemy. Wkurza nas cały ten taroof, ta udawana grzeczność. Wkurza nas to, że musimy się pół godziny zastanawiać, czy nasz rozmówca naprawdę miał na myśli to, co mówił, czy tylko tak mówił. Oczywiście poznajemy też przekochanych ludzi, z którymi bawimy się na irańskiej domówce urodzinowej, albo jedziemy stopem, czy śpimy na couchsurfingu. Wiemy jednak, że bez nich nasz pobyt w Iranie byłby stracony i uznany za mało wartościowy. Można oczywiście zwiedzać setny meczet, podziwiać pustynię i pustynne miasta, ale tak naprawdę przecież chodzi o ludzi, ich historie, klimat, który tworzą. Mamy też przeboje z Adama paszportem (zaczęły się tak naprawdę już w Indiach). U mnie sprawa była prosta: zaraz po ślubie wyrobiłam sobie nowy paszport, Dzielu nie miał takiej potrzeby, ponieważ przed podróżą nie zakładaliśmy, że po trzech latach ciągle będziemy w drodze. A tu taka historia. Skąd jednak ten problem? Z ważnością. Większość krajów wymaga sześć miesięcy ważności paszportu. Książeczka Adama ważna jest już tylko cztery i pół miesiąca. Trochę to nasza wina, niedopatrzenie, uśpienie. Myśleliśmy, że jak Niemcy mogą na przeterminowanym paszporcie wjechać, z nami będzie podobnie. Nie jest. Niestety. Niestety też turecka ambasada w Teheranie nie ma przyjemnych pracowników. Właściwie to ma okropnie nieżyczliwych i jakby to delikatnie ująć, nieludzkich urzędników (no bo chyba nie wszyscy urzędnicy tacy są?). Nawet nasz polski Konsul nie pomógł. Chciał, ale mocy na nich żadnej nie ma. Odpada nam więc Turcja, odpada Azerbejdżan, nawet iracki Kurdystan skreślamy z listy. Chcemy też skreślić Armenię, maleńki kraj, ale jakoś tak nas tyka w sercu i idziemy do ich ambasady w stolicy Iranu. Jakaż wielka radość tam panuje, kiedy pani nam śpiewającym angielskim oznajmia, że my, Polacy, to nawet na paszporcie ważnym trzy miesiące możemy wjechać! Pytamy pięć razy dla pewności, ona pięć razy recytuje to samo.

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podróży - Na Nowej Drodze Życia

WRZESIEŃ 2017: ARMENIA/ GÓRSKI KARABACH

Ufamy więc jej zapewnieniom i dwa dni później ruszamy już na armeńską granicę. Łapiemy piękne stopy, w tym tira po nocy, którego kierowca zabrania nam rozbijać namiot, każe spać w kabinie, i rano dnia następnego żegnamy się z Iranem. Śmieszkujemy sobie, że jak nas w Armenii nie przyjmą, to pas ziemi niczyjej całkiem szeroki jest, miejsca dla nas będzie pod dostatkiem. Pewni siebie kroczymy do odprawy paszportowej. Ja jeszcze gubię po drodze za pomocą wiatru noszoną niechętnie w Iranie chustę. To znak, że muszą nas tutaj przyjąć. Pierwszy ustawia się Adam, w razie wpadki, ja też nie przekraczam granicy. Pani wyglądająca na całkiem miłą wertuje paszport, czyta wizy, ogląda pieczątki, po czym ze zdziwieniem pyta: PAKISTAN?! Byliście w Pakistanie? No i wtedy zaczyna się całe wyjaśnienie. Przychodzi pan naczelnik, drugi pan i nasza pani. A po co tam? A dlaczego? A kiedy? A w jakim celu? Proszę poczekać. Jeszcze inne dokumenty potwierdzające tożsamość proszę. Proszę poczekać. I tak dwadzieścia minut. Ogólnie to atmosfera bardzo miła, po rusku możemy sobie pogadać. Haraszo, spasiba, da da, ocień krasiwy gorad ten Pakistan… Dobra, pan naczelnik w końcu oddaje nasze paszporty ze słowami: proszę już do domu wracać, miejsca w paszportach już praktycznie nie macie. A tak w ogóle, to co w tym Pakistanie jest? Przecież tam sama pustynia i terroryści. No więc my znowu przyjmujemy rolę ambasadorów kraju, opowiadamy, pokazujemy spiesznie zdjęcia na smartfonie. Amazing Pakistan jednym słowem. Pan naczelnik zszokowany, my zadowoleni. Welcome to Armenia! Jesteśmy uratowani! Łapiemy za granicą jednego stopa, wysiadamy, robimy pierwsze zakupy, i czujemy, że będzie nam się tutaj podobać. Swojsko, niespiesznie, smacznie. Jak u babci na wsi. I ludzie tacy od serca, szczerzy, rodzinni. Cudowna odmiana po Iranie. I wiesz, że jak babuszka oferuje ci śliwki ze swojego ogrodu, to robi to szczerze. Zwiedzamy więc od tygodnia Armenię i Górski Karabach, który szczególnie sobie upodobaliśmy. Czas jakoś tutaj wolniej płynie. Jakby nikt za niczym nie gonił. I owoce takie słodkie. Autostop działa super, kierowcy serdeczni, ludzie gościnni. I na koniec taka sytuacja: jedziemy z jednym kierowcą farmerem, zabiera nas na swoje pole i dostajemy dwa kilogramy jabłek, później wieczorkiem rozbijamy namiot na jednym boisku, jemy kolację, kiedy nagle przychodzi do nas pan ze stoiska z melonami i wręcza nam takiego wielkiego, ze cztery kilogramy ma. Rozczula mnie strasznie, tylko, co my zrobimy z tymi jabłkami i melonem? No dobra, coś zrobimy. Rano musimy podjechać cztery kilometry, żeby sobie te urodzinowe zdjęcie zrobić przed Araratem, więc idąc drogą, z całym tym owocowym dobytkiem i życiowym też, łapiąc stopa, jak coś jedzie. Zatrzymuje się taki kochany dziaduszka mówiąc, że on tam nie jedzie, ale nas chętnie zawiezie. Wsiadamy, po czym on mówi, że farmerem jest i swoje pole winogron chce nam pokazać. Chętnie idziemy, nie wiemy jednak, że dziadek obdaruje nas dwoma kilogramami soczystych, słodziutkich winogron. Jabłka, melon, winogrona… Biała cyganeria… Aż sami się do siebie śmiejemy idąc z całym tym dobytkiem. I weź tu nie kochaj ludzi.

Trzy lata w podrózy - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podrózy - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podrózy - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podrózy - Na Nowej Drodze Życia

Trzy lata w podrózy - Na Nowej Drodze Życia

Niedługo wjedziemy do Gruzji i będziemy dalej kombinować z wizami. Turcja? Rosja? Zobaczymy. Coś się uda. Przecież musi 😊

Rok szybko minął, trzy to już w ogóle. Kiedy to zleciało? Z jednej strony to kawał czasu, z drugiej wydaje nam się, że zleciało tak szybko, ZA szybko… Przez ostatnie trzy lata żyjemy dokładnie tak, jak chcemy. Wyznaczamy cel, realizujemy go, wyznaczamy kolejny, dążymy do niego. Piszemy się na wiele wygód i niewygód, żeby kiedyś nie żałować. Analizujemy, sprawdzamy, szukamy, żeby na koniec cieszyć się i schować w sercu najpiękniejsze ze wspomnień. Czasami z niedowierzaniem kręcimy głowami na to, co nas spotyka. Płaczemy z radości, ale i smutku, bezsilności, bólu. Przez ostatnie 1097 dni uczymy się zaufania Bogu, podporządkowania się Jego woli. W chwilach, kiedy coś nie idzie po naszej myśli, odpuszczamy i przyjmujemy nie naszą drogę, ale drogę Taty w niebie. A później widzimy, jak to dobrze, że coś się nie wydarzyło. I dziękujemy jeszcze bardziej.

Minione trzy lata to też szczególny czas dla nas, jako małżeństwa. Trzy z czterech lat bycia mężem i żoną spędziliśmy w podróży. I nie, nie była to podróż poślubna. Ta zazwyczaj pełna jest wygody, luksusów (hi hi). Każdego dnia zasypiamy obok siebie z niewypowiedzianą dumą, radością, ale i wdzięcznością. Mamy też takie powiedzonko, które towarzyszy nam szczególnie w ciężkich chwilach: Dopóki jesteśmy razem, dopóty jesteśmy mocni. A naszych wspólnych przeżyć nie zabierze nam nikt. A dzieci będą miały czego słychać. I chyba to we wspólnym podróżowaniu jest najfajniejsze: mamy do kogo mrugnąć oczkiem, przybić piątkę, uściskać z całych sił, ma nam kto otrzeć łzę i przytulić ze słowami: będzie dobrze, damy radę.

Kochamy tę podróż, wysiłek, który wkładamy, poczucie spełnienia. Kiedy popatrzysz na trasę naszej podróży zobaczysz, jak blisko domu jesteśmy. I choć moglibyśmy sobie pozwolić na kolejny rok w drodze, chcemy już przytulić rodziców, rodzeństwo, wyściskać dziadków i babcie, bawić się z naszymi przyjaciółmi. Nie wiemy, jak to będzie dalej, najważniejsze, że będziemy razem. I obiecujemy, że nie znikniemy, a nawet tutaj na blogu będzie nas więcej. Toż to nie koniec świata. A my jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa!

  • Żeby lepiej zrozumieć naszą podróż zapraszamy do wpisu: Nasze podróżowanie w pigułce.
  • O ubezpieczeniu zdrowotnym, które używamy w naszej podróży, możesz przeczytać TUTAJ.

Trasa naszej podróży - Na Nowej Drodze Życia

Podobne wpisy

  • Magda

    O matko, najlepszy post jaki w życiu czytałam. Rewelacja!! Przeczytałam wszystko jednym tchem, pomimo, że dobrze wiem co się tam u was przez ten rok działo 😉 Super napisane! Tyle emocji i przygód bije z tego postu. Wspaniała podróż.
    Tylko ta Indonezja nie daje mi spokoju… jak wy to robicie że tak wam w niej dobrze? 🙂 Nam lokalni ludzie jednak niezbyt przypadli do gustu… Ale się nie poddajemy, bo jest piękna, więc za każdym razem dajemy jej szansę od nowa i już planujemy kolejny przyjazd. Do trzech razy sztuka 😉
    A póki co pozdrawiamy z Himachal Pradesh 🙂
    Magda & Łukasz

    • Magda, dzięki! Umisz Ty docenić pracę człowiek, umisz 🙂 Właśnie się zastanawiam, jak to jest z tą Indonezją, że jedni tak dobrze się tam czują, a inni nie. Nie powiem, że zawsze jest idealnie, ludzie tacy fantastyczni, i w ogóle miód malina, ale w większości naprawdę bardzo nam tam dobrze. Może dlatego, że mieliśmy okazję tam troszkę się zadomowić, znaleźć ulubione miejsca, ulubione warungi, nawet język trochę znamy i zawsze idzie się dogadać 🙂 Mamy nadzieję, że trzeci raz będzie dla Was szczególnie przełomowy 🙂

  • Ola Latos

    Super tekst! Piękna podróż to i wspomnienia i zdjęcia piękne 🙂 Trzymam za Was bardzo kciuki! A jeśli chodzi o Gruzję, to polecam! Jest tak domowo, ciepło, pięknie i przepysznie. I tanio 😉 Pewnie macie lepsze rzeczy do roboty niż czytanie cudzych blogów z relacjami z podróży, ale gdybyście byli ciekawi to podrzucam tu link do wpisu z przydatnymi moim zdaniem informacjami: https://twomando.pl/gruzja-przydatne-informacje/ Pozdrawiam!

    • Dzięki Ola! Z miła chęcią poczytamy o Gruzji na Twoim blogu 🙂 Nie mieliśmy wcześniej zbyt dużo czasu, aby to wszystko zaplanować, więc będzie to dla nas z pewnością duże ułatwienie. Pozdrawiamy 🙂