Ubezpieczenie w podróży

Potrzebny lekarz, czyli kartoteka naszych chorób w podróży

Szczerze powiedziawszy nie przypuszczałam, że w tej podróży będziemy musieli tyle razy skorzystać z pomocy lekarza. Zakładałam, że pojedyncze wizyty mogą się przydarzyć, ale wycinania wyrostka, wyjmowania plastiku z oka, czy okropnej bakterii, która sprawi, że moją twarz pokryją okropne burchle, naprawdę się nie spodziewałam. W sumie nie wiem dlaczego, bo bycie w podróży to przecież też życie. Oddychamy, przemieszczamy się, jemy, chodzimy na basen, rozpalamy ognisko, dotykamy klamki, płacimy monetami. Po prostu jesteśmy. A gdzie, to mało istotne.

Piszę ten post dlatego, że wpis o potrzebie posiadania ubezpieczenia w podróży cieszy się największą popularnością na naszym blogu, a od jego napisania minęło 1.5 roku, i pewne aktualizacje są potrzebne (czytaj: musieliśmy skorzystać z pomocy lekarzy jeszcze kilka razy). Najwięcej pytań, które od Was dostajemy dotyczy również ubezpieczenia, więc tym bardziej temat w punkt.

EDIT: Korzystając z naszego niemałego doświadczenia napisaliśmy kilka wskazówek, które mamy nadzieję pomogą Ci sprawnie z ubezpieczenia korzystać. Wpis znajdziesz TUTAJ.

Zacznijmy więc historię zdrowotnych przypadków Dzielickich w tej podróży. Uprzedzamy, że czasami będzie brzydko.

SKRĘCONA KOSTKA W KIRGISTANIE

Nie będziemy się rozpisywać, bo o tym wypadku napisaliśmy już dawno TUTAJ. Kostka cały czas daje o sobie we znaki, pamiątka jakich mało.

Potrzebny lekarz, czyli kartoteka naszych chorób w podróży

WYCIĘCIE WYROSTKA ROBACZKOWEGO W MALEZJI

O tym też już pisaliśmy TUTAJ. Po wizycie w szpitalu zostały trzy małe blizny, kosmetyczka, którą każdy pacjent dostawał na powitanie i ulga, że te $5000 USD za trzy i pół dnia pobytu w szpitalu płaciliśmy nie my, a firma ubezpieczeniowa.

Potrzebny lekarz, czyli kartoteka naszych chorób w podróży

Potrzebny lekarz, czyli kartoteka naszych chorób w podróży

DENGA, MŁODSZA SIOSTRA MALARII, W BIRMIE/TAJLANDII

Tak, mieliśmy dengę, ja i Adam. Załapaliśmy w Birmie. To temat na osobny wpis. Wspomnę tylko, że w ostatniej jej fazie chciałam wracać do domu. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Najważniejsze jednak, że dowiedzieliśmy się o niej, o tym, że ją przeszliśmy. To nic, że trzy miesiące później.

INFEKCJA KRWI W TAJLANDII

Na pierwszy plan wkracza Adam. Dwie okropnie wyglądajcie rany, które z dnia na dzień wyglądały jeszcze gorzej, drążyły coraz większe dziury w jego nogach, pełne były ropy. Nie wiedzieliśmy skąd nagle się wzięły, być może były efektem ugryzień komara. Być może miały związek z dengą. Z pomocą przyszedł nasz host na CouchSurfingu, który zapoznał nas z pielęgniarką, która zabrała nas do szpitala. Wtedy pierwszy raz zetknęliśmy się z tajlandzkim systemem zdrowia i byliśmy zachwyceni. Młody lekarz obejrzał rany, stwierdził jakąś infekcję krwi, przepisał tabletki i maść, pielęgniarki założyły opatrunki, chwilę później dostaliśmy leki, a po kilku dniach rany zaczęły się goić. Wtedy jedyny raz poszliśmy do lekarza na własną rękę, bez wcześniejszego kontaktu z polską firmą ubezpieczeniową. Za wizytę z lekami zapłaciliśmy 20 zł. Pewnie gdyby wyszło więcej, staralibyśmy się o zwrot, ale w tym wypadku nie było sensu. Po infekcji została pamiątka: dwie blizny.

PLASTIK W OKU? NOWOZELANDZKIE PRZEKRĘTY

Podczas  ogromnej wichury w Nowej Zelandii coś wpadło mi do oka. Po szybkich oględzinach zobaczyliśmy jakiś mały czarny punkcik na białku. Jeszcze tego mi mało. Oko bardzo bolało przez kilka dni, więc niechętnie (zawsze zanim zadzwonimy do firmy ubezpieczeniowej, żeby umówili nam wizytę, trzeba mnie solidnie namawiać. Zawsze kosztuje mnie to dużo stresu, choć nie ma ku temu powodów. Tak już mam.) udaliśmy się do lekarza pierwszej pomocy (GP) w Wellington. Wtedy pierwszy raz przekonaliśmy się, że Nowa Zelandia nie taka kolorowa, jak ją malują. GP zaczął mi patyczkiem grzebać w oku, choć jak sam powiedział: okulistą to ja nie jestem. Kiedy nie udało mu się usunąć czarnego punkciku stwierdził, że trzeba iść do specjalisty (naprawdę?!), ale tylko tego, którego on poleci! To nic, że jego kolega mógł nas przyjąć dopiero za dwa-trzy dni, a może i później. Ważne, że to jego kolega. Nie mogliśmy uwierzyć, że w tym kraju dzieją się takie rzeczy. Linia NZ-PL była rozgrzana do czerwoności. I choć polski konsultant ubezpieczeniowy bardzo chciał nam pomóc, nie mogliśmy ominąć procedur, potrzebne było skierowanie do okulisty, które mógł mi wystawić tylko wspomniany GP. Wyobraźcie sobie, że nie chciał mi go dać! Nie chciał, bo powinnam iść do jego kolegi. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Na dodatek pielęgniarki działały z tym niespecjalistą w zmowie (bo jak to nazwać inaczej?!) i dwukrotnie oszukały nas, że wysłały mailowo skierowanie do Polski, kiedy w końcu lekarz pod naszym silnym naciskiem je wystawił. Na szczęście robimy zawsze telefonem skany wszystkich dokumentów i sami przesłaliśmy skan do Polski.

Długo by opowiadać, co działo się później, ale koniec końców trafiłam do bardzo ekskluzywnej kliniki okulistycznej, w której przezabawny Singapurczyk obejrzał moje oko. Wyobraźcie sobie nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że ta czarna plamka na moim oku jest na nim od urodzenia! Nigdy po prostu nie zwracałam na nią uwagi, a kiedy coś wleciało do oka, plamka okazała się pierwszym podejrzanym. Znalazł się jednak prawdziwy winowajca mojego bólu: plastik, a dokładniej dwa małe, żółte kawałeczki plastiku! Tego w naszej historii jeszcze nie grali. Oko zostało wyczyszczone, dostałam kropelki na możliwy stan zapalny i historia skończyła się happy endem.

NIEZŁAMANA RĘKA. KOLEJNY NOWOZELANDZKI NIESPECJALISTA

Po historii z okiem siłą trzeba było mnie zaprowadzić na kolejną wizytę do nowozelandzkiej przychodni. Podczas podnoszenia mokrego kawałka drewna, które przeznaczone było na ognisko, jakimś sposobem deska odbiła się od ziemi i walnęła w palec serdeczny u lewej ręki. Ból okropny w palcu i nadgarstku, nie mogłam założyć koszulki, związać włosów. Kiedy po pięciu dniach tej niemocy poszliśmy do lekarza (w Taurandze), ten słuszenie skierował mnie na prześwietlenie, jednak biedny miał problem: ja nie za bardzo umiem czytać takie zdjęcia, nie jestem radiologiem. Nie wygląda na złamane, więc nie wiem, co innego może powodować ból. Na moje pytanie: co dalej robić, skoro nie mogę ruszyć ręką? Odpowiedział: może panadol pomoże. Myślałam, że to jakaś ukryta kamera, rozczarowałam się jednak. Lekarz z miną osiołka z Kubusia Puchatka zapewnił, że wyślą zdjęcie do specjalisty i za kilka godzin odezwą się, żeby przekazać diagnozę. Dzięki Bogu ręka nie była złamana. Kiedy wiedzieliśmy to na 100% bez obaw zaczęłam ruszać nadgarstkiem, i chociaż bolało, nie przejmowałam się, bo oprócz poprawy nic nie mogło się wydarzyć (tak sobie wmówiłam). I miałam rację, bo po kilku godzinach normalnego, choć bolesnego używania ręki, ból zaczął przechodzić i po kilku dniach nie było po nim śladu. Niesmak po nowozelandzkiej służbie zdrowia pozostał. Mimo kolejek wolę naszą, polską.

ZŁAMANY KRĘGOSŁUP ADAMA

O Adasiowej historii z kręgosłupem pisaliśmy na facebooku, choć ona również zasługuje na oddzielny wpis. Jedyne, co nasuwa nam się teraz na myśl, a właściwie to codziennie dziękujemy za to w naszych modlitwach, to fakt, że Adam, żyje, że chodzi, że nie jest sparaliżowany, że nie skończył na wózku inwalidzkim. Nieszczęśliwy skok do wody (dodajmy, że na nogi, nie na główkę) skończył się trzema pękniętymi i zmiażdżonymi kręgami w odcinku piersiowym. Brakowało naprawdę niewiele do tragicznego scenariusza. Skoki do wody na zawsze skreśliliśmy z naszego repertuaru. Kręgosłup ciągle boli, ostatnie prześwietlenie wykazało, że się zrósł, choć dla naszego spokoju niedługo będziemy powtarzać.

Potrzebny lekarz, czyli kartoteka naszych chorób w podróży

BAKTERIA ATAKUJE! NOWA ZELANDIA/INDONEZJA

Moje problemy ze skórą zaczęły się już w Nowej Zelandii. Nagle zaczęły wyskakiwać mi takie małe białe krostki, coś na kształt ropnych bąbelków. Nic przyjemnego, szczególnie dla dziewczyny. Miałam jakąś maść ze sterydami, więc z nadzieją, że pomoże, zaczęłam nią smarować zmienione miejsca. Dopóki smarowałam, znikało. Wystarczyło jednak, że przestawałam i wszystko wracało. Do lekarza jednak ciężko mi było iść. Dlaczego? Patrz dwie poprzednie historie. No więc przepłynęliśmy z Nowej Zelandii do Australii i tam zaczęłam szukać ratunku. Zrobiłam jednak odwrotnie niż powinnam, bo pomocy szukałam w Polsce. Wysłałam zdjęcia swojej twarzy do kilku dermatologów, którzy byli znajomymi znajomych i… każdy powiedział co innego. Co więc zrobiłam ja? Wybrałam wersję, która najbardziej mi odpowiadała, nawet leki z ojczyzny mi wysłali. Niemądre dziewczę, bardzo oporne na wizyty lekarskie. Czy leki pomogły? Popatrzcie na te zdjęcia:

Potrzebny lekarz, czyli kartoteka naszych chorób w podróży

W Indonezji było coraz gorzej. Wystarczył jeden dzień niesmarowania maścią na sterydach i obudziłam się z takim widokiem. Byłam załamana, bo kiedy w końcu zdecydowałam się na wizytę w balijskim szpitalu, na twarzy miałam bardzo mało tych krostek (mimo wszystko maść na sterydach coś tam dawała) przez co lekarz nie miał z czego wziąć wymazu. W ciemno przepisał leki, patrząc na zdjęcia, które mu pokazałam. Wiedziałam, że nie mogę pozwolić sobie na takie leczenie. Twarz to w końcu twarz, a ja czegoś takiego nie miałam nawet podczas etapu dojrzewania (o trądzik młodzieńczy mi chodzi). Zawzięłam się więc i postanowiłam, że poczekam z braniem przepisanego antybiotyku, maści też nie będę używać. Decyzja była bardzo mądra, bo po trzech dniach nie mogłam dobrze otworzyć oka, w nosie miałam rewolucję październikową, obszar wokół ust przypominał pola bawełny. Było z czego brać wymaz! Szybki telefon do firmy ubezpieczeniowej i bez problemu miałam ustaloną kolejną wizytę. Poszłam, wzięli wymaz (choć pielęgniarki robiły to chyba pierwszy raz w życiu), kazali poczekać tydzień na wyniki, smarować maścią, którą dali wcześniej. Po tygodniu dostałam mailem nazwę bakterii i antybiotyku, który miał mi pomóc. W Indonezji większość antybiotyków jest bez recepty, więc nie było problemu z ich zakupem. Okazało się, że to dosyć niefajna bakteria, która była odpowiedzialna także za bardzo poważne zapalanie pęcherza moczowego, które miałam w Nowej Zelandii przez trzy tygodnie (oczywiście nie poszłam tam do lekarza, choć dzisiaj myślę, że mogłam się już poświęcić, bo może szybciej skończyłyby się moje dolegliwości).

Potrzebny lekarz, czyli kartoteka naszych chorób w podróży

HODUJEMY GRZYBKI NA TAJWANIE

No co tu dużo pisać: chłopak zaraził się gdzieś grzybicą. Śmieszne, nieśmieszne, popularne, niewyjątkowe. Załapał się na nią jeszcze w Indonezji (bądźmy szczerzy, nie jest o to ciężko). Po raz kolejny myśleliśmy, że przejdzie, że może od gorąca, a wilgoć, a tamto, i tamto też. Nie przechodziło, robiło się gorzej, doszło swędzenie, wybrzuszenia jakieś. Trzeba było do lekarza iść. Co do tajwańskich lekarzy byliśmy spokojni, bo są znani z dobrego wykształcenia, dużej wiedzy i umiejętności. Trzy telefony do firmy ubezpieczeniowej, konsultacje Polski z Chinami, i w Tainan Dzielu miał swoją wizytę. Młody lekarz, który przywitał nas słowem: Cześć! (był w Polsce na konferencji medycznej) zobaczył tylko miejsca zmienione chorobowo (ładny termin medyczny) i bez zastanowienia orzekł grzybicę. Przepisał maści i tabletki, pożartował trochę i znowu dobrze się skończyło. Maść pomogła, choć leczenie trwało dłużej niż zakładał lekarz. Nieleczona grzybica może wyglądać naprawdę źle, i szybko się rozprzestrzenia. Pooglądajcie w necie.

Potrzebny lekarz, czyli kartoteka naszych chorób w podróży

SKRĘPOWANY TAJWAŃSKI LEKARZ

Oczywiście czekałam do momentu, aż było źle (trochę głupio mądrzyć się i apelować do Was o rozwagę, a samej się nie stosować), ale w końcu poszłam. Nie będę wchodzić w szczegóły, co mi dolegało, bo nie ma po co. Sprawy kobiece ujmijmy to tak. Do kolekcji w każdym razie doszła mi wizyta u ginekologa, który bardziej był skrępowany niż ja. Fachowym okiem wydał diagnozę, a ja po wyjściu ze szpitala obiecałam sobie, że szybciej będę reagować na to, co dzieje się z moim ciałem. Obym dotrzymała obietnicy.

PODSUMOWANIE

Co ja Wam tu chciałam napisać?

Po pierwsze, jak wspomniałam na samym początku: podróż to życie, wydarzyć się może wszystko i każdemu. Nawet jak okazem zdrowia jesteś, to plastik w oku swoim możesz znaleźć i grzyby na ciele swoim też (nie życzę!).

Po drugie: nie czekaj z wizytą u lekarza, jeśli coś niepokojącego dzieje się z Twoim ciałem. Nieważne, czy jesteś w Polsce, czy w podróży. Nawet, jak nie lubisz polskich i nowozelandzkich lekarzy, idź. Możesz sobie naprawdę pomóc. Trochę nerwów to kosztuje, ale ważniejsze, żeby nie kosztowało Cię zdrowia.

Po trzecie: naprawdę warto mieć ubezpieczenie w podróży. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy musieli płacić za moją operację wycięcia wyrostka z własnej kieszeni. Nie o kasę jednak tylko chodzi. Kiedy idziemy do lekarza (w przypadku korzystania z naszego ubezpieczenia) wszystko mamy nagrane: miejsce, godzinę, lekarza, zdarza się, że wchodzimy bez kolejki, leki dostajemy od razu po wizycie, za wizyty nigdy nie płacimy gotówką, znaczy niczym nie płacimy (wszystko odbywa się bezgotówkowo). Wchodzimy, oglądają nas, stawiają diagnozę, wypisują leki, dają leki. Koniec.

//edit po komentarzu Czytelniczki. Wymienione ubezpieczenie NIE pokrywa opłaty administracyjnej, którą trzeba uiścić w niektórych placówkach. Dwa razy musieliśmy pokryć koszt opłaty administracyjnej szpitala: raz przy wycięciu wyrostka 75 zł, drugi w Indonezji 3 zł. W porównaniu do $5000 USD 75 zł było dla nas praktycznie niczym, więc wyszło nam to z głowy, przy 3 zł to już w ogóle. Ale rzeczywiście płaciliśmy, choć na samym początku każdej wizyty została nam podana tak informacja, że opłatę administracyjną będziemy musieli pokryć sami, było to jednak tylko dwa razy na wszystkie nasze wizyty. Warto przed wizytą zapytać osobę, która wypełnia nasze dokumenty, czy obowiązuje taka opłata, jeśli tak, ile wynosi. Otrzymaliśmy również informację z APRIL Polska Assistance, że można ich firmie ubezpieczeniowej przedstawić dokumenty o poniesionych kosztach, w tym np. opłaty administracyjnej, ponieważ każda sprawa rozpatrywana jest indywidualnie i być może zostanie rozpatrzona w tym wypadku na czyjąś korzyść.//

Po czwarte: w większości z opisanych historii korzystaliśmy z Twojej Karty Podróże. W większości, bo to ubezpieczenie nie obejmowało jeszcze wtedy Australii (od niedawna obejmuje wszystkie kraje świata, dzięki Twojej Karcie Podróże Business, ale dokładnych informacji poszukajcie TUTAJ). Podczas dengi również nie użyliśmy ubezpieczenia, ponieważ na początku w ogóle nie wiedzieliśmy, że ją mamy, byliśmy w Birmie, w buszu, gdzie nie było co myśleć o szpitalu. Wycierpieliśmy się okropnie, ale obyło się bez lekarza. Po tygodniu przeszło. //wiemy, że wielu z Was interesuje się kwestią chorób tropikalnych w tym ubezpieczeniu, dlatego spróbujemy się dowiedzieć o niej czegoś więcej u źródła//

Po piąte: dziękujemy tym, którzy kupili ubezpieczenie Twoją Kartę Podróże przez naszą stronę. Dzięki Wam mogliśmy sobie pozwolić na więcej owocowych koktajli na Bali, zielonej herbaty na Tajwanie i fish&chips w Nowej Zelandii 🙂

Po szóste: dalej można kupować dowolne ubezpieczenie Twoja Karta Podróże przez ten link, do czego zachęcamy i z góry dziękujemy!

//Ubezpieczenie Twoja Karta Podróże kupiliśmy jeszcze przed nasza Autostopową Podróżą Przez Świat, kiedy o współpracy z April Polska ani nam, ani im się jeszcze nie śniło. To tak na marginesie, gdyby ktoś pomyślał, że wycięłam sobie wyrostek specjalnie dla tej współpracy, albo zgarnęłam z basenu w Nowej Zelandii bakterię Enterobacter Cloacae, żeby później spotkała mnie jedna z najmniej przyjemnych rzeczy w tej podróży. Polecamy coś, co przetestowaliśmy i mamy trzeci rok. To tyle.//

 

Podobne wpisy

  • Marek Parnicki

    Hej! Jak to było z Dengą? Czytałem w warunkach ubezpieczenia z którego korzystacie, że nie obejmuje ono chorób tropikalnych, do których denga się zdecydowanie zalicza. Musieliście zapłacić z własnej kieszeni za leczenie czy mimo wszystko April wyłożył? Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za wasze wpisy bo są dla mnie bardzo wartościowe 🙂

    • Hej! W tekście jest odpowiedź na Twoje pytanie: „Podczas dengi również nie użyliśmy ubezpieczenia, ponieważ na początku w ogóle nie wiedzieliśmy, że ją mamy, byliśmy w Birmie, w buszu, gdzie nie było co myśleć o szpitalu. Wycierpieliśmy się okropnie, ale obyło się bez lekarza. Po tygodniu przeszło.” 🙂